Dookoła Hornu.

Autor: Małgorzata Czarnomska

Wody wokół Cabo de Hornos to cmentarzysko ludzi i statków. Dlaczego? Ponieważ w tamtym rejonie, a więc w miejscu łączenia się wód Pacyfiku i Atlantyku, pogoda potrafi być nieprzewidywalna.

 

Cabo de Hornos, czyli po polsku Przylądek Horn, to najdalej na południe wysunięty punkt Ameryki Południowej. Jest to kultowe miejsce dla każdego żeglarza, utożsamiane z wyczynem wymagającym odwagi i kunsztu żeglarskiego. Tradycyjnie osoby, które opłynęły przylądek, mają specjalne przywileje na jachtach, takie jak możliwość gwizdania na pokładzie. Czy naprawdę warto płynąć na koniec świata tylko po to, aby móc bezkarnie gwizdać? Można to było sprawdzić tylko w jeden sposób. O rejsie rozmawialiśmy od miesięcy. Jaki śpiwór? Jaki sztormiak, ile polarów? Skarpety wełniane czy polarowe? Czy uda się upchnąć to wszystko do bagażu? Jakież było nasze zaskoczenie, gdy na lotnisku okazało się, że wyrobiliśmy się w kilkunastu kilogramach zamiast dopuszczalnych dwudziestu trzech. Jak widać, polary ważą mało.

Podróż do Ushuaia, skąd rozpoczynał się rejs, zajęła dwa dni z uwzględnianiem przesiadek we Frankfurcie, Sao Paulo w Brazylii i Buenos Aires. Trudy podróży wynagrodził widok Ziemi Ognistej z lotu ptaka. Brunatno-zielone zbocza i ośnieżone szczyty gór, błękitne lodowce i granatowe wody kanału Beagle. Trochę jak z filmu fantasy. Tylko czemu ta zimna kraina nazywa się tak, jak się nazywa? Po wylądowaniu opatulamy się w kurtki puchowe i czapki…

Po nocy w hotelu i kolacji w jednej z niewielu otwartych poza sezonem turystycznym knajpek idziemy na jacht. Czerwony, stalowy kadłub i siermiężne, pancerne olinowanie budzą zaufanie. W końcu s/y Selma Expeditions to porządna, wyprawowa jednostka, która na koncie ma już żeglugę po wielu trudnych akwenach.

Czekamy na resztę załogi. Kapitan opowiada o lokalnych warunkach i specyfice pływania. Coraz szerzej otwieramy oczy. Okazuje się, że dynamiczne i nieprzewidywalne zjawiska pogodowe, jak na przykład zrywający się bez ostrzeżenia huraganowy wiatr, to tylko jedna z tutejszych atrakcji. Problemem jest brak oznakowania nawigacyjnego, utrudniający żeglowanie w nocy. Dodatkowo nawigacja w formie klasycznej, czyli zakładająca poprawność informacji podanych na mapie, nie ma zastosowania – z niedowierzaniem wpatrujemy się w białe plamy tam, gdzie powinny być podane głębokości. Nikomu nie opłaca się prowadzić prac hydrograficznych w miejscach nieistotnych dla żeglugi. Wychodzi na to, że najbardziej wiarygodnym przyrządem nawigacyjnym przez najbliższe dwa tygodnie będą oczy nawigatora.

Przygotowania do podróży obejmują między innymi zaprowiantowanie jachtu. W kilka osób jedziemy do marketu i wypełniamy po brzegi pięć wózków. Szukamy oliwek, ale nie ma ani jednej puszki. Widocznie statek, który dowozi jedzenie do Ushuaia, akurat ich nie przywiózł. To ciekawe, że dostępność towarów w sklepach jest uzależniona od zawartości kontenerów. Po krótkim szkoleniu w końcu wypływamy. Oświetlone słońcem zbocza gór odbijają się w spokojnych wodach kanału Beagle. Trochę jak w Norwegii. Trudno uwierzyć, że płyniemy na Horn. Po kilku godzinach z prawej burty słychać szum. Instynktownie odwracam wzrok i widzę… wieloryba! Natychmiast zatrzymujemy łódź, a pokład zapełnia się operatorami aparatów fotograficznych.

Płyniemy do chilijskiego Puerto Williams. To mała osada, w której musimy uzyskać zezwolenie na dalszą żeglugę, tak zwaną zarpę. Liczba niezbędnych do załatwienia formalności jest odwrotnie proporcjonalna do wielkości położonego na wzgórzach miasteczka. W międzyczasie szukamy wi-fi, aby odebrać prognozę.

Przed odpłynięciem musimy jeszcze trochę popracować. Podnosimy ponton na dek i przywiązujemy go porządnie, refujemy też grota. O wiele lepiej wykonać te czynności na płaskiej wodzie w zatoce niż potem na wysokiej fali. Co prawda prognozy wydają się łaskawe, ale na morzu, szczególnie w tych rejonach, nigdy nic nie wiadomo.

Po kilku godzinach wiemy już, że ta zasada ograniczonego zaufania jest jak najbardziej uzasadniona. Przy przeciwnym wietrze o prędkości czterdziestu węzłów mozolnie pokonujemy kolejne mile. Jacht ciężko pracuje na fali. Część załogi cierpi na chorobę morską, co unicestwia jakiekolwiek życie towarzyskie pod pokładem. Słychać jedynie skrzypienie takielunku i świst wiatru.

Około południa na horyzoncie pojawia się czarny kształt. Skała wygląda mało przyjaźnie. Kapitan mówi, że to właśnie Horn. Zakuci w sztormiaki i wiele warstw polaru gnieździmy się wszyscy w kokpicie. Czuć podekscytowanie, które skutecznie przyćmiewa zmęczenie i dyskomfort związany z chłodem. Na potężnych falach steruje się ciężko, jednak nikomu to nie przeszkadza. Oczy co chwila wędrują w stronę zbliżającego się legendarnego przylądka. Wysepka wydaje się martwa, chociaż wyraźnie widać zielonkawo-brązowe porosty na zboczach. Mamy szczęście, że nie pada i możemy ją sobie dokładnie obejrzeć. W okolicy z wody wystają postrzępione grzebienie skał, które działają na wyobraźnię – przy braku dokładnych map zapuszczanie się tu w nocy i w sztormie to samobójstwo. Przez lornetkę oglądamy przypominający albatrosa pomnik upamiętniający tych, którzy spoczęli na dnie.

Udało się! Horn zostaje za rufą, a my kierujemy się znów w stronę kanału Beagle. Na wspomnienie jego płaskich wód wszyscy bez wyjątku odczuwamy tęsknotę, która przeradza się w radość, gdy wreszcie stajemy w Puerto Williams na odprawę. Nie chce nam się nawet schodzić na ląd, własna koja wydaje się bardziej atrakcyjna.

W kanale Beagle poruszamy się głównie na silniku. W wielu miejscach trzeba tu precyzyjnie nawigować i nie ma miejsca na swobodne żeglowanie. Mijamy wrak i kolonię lwów morskich. Przy burcie często pławią się foki. Leżą sobie na powierzchni wody, wygrzewając brzuchy w promieniach słońca. W ogóle się nas nie boją. Niektóre radośnie pląsają, skacząc w wodzie, niczym delfiny. Na noc stajemy w zatokach, które noszą tu nazwę caleta. Często nie wystarczy rzucenie kotwicy, trzeba jeszcze wywieźć długie liny pontonem na brzeg, dowiązać je do skał lub drzew i w ten sposób ustabilizować rufę. Niepewne dane dotyczące głębokości i ryzyko nagłego zerwania się bardzo silnego wiatru to nie żarty.

Trzeciego dnia w Kanale docieramy do fiordu Seno Garibaldi. Po kilku godzinach przed nami pojawia się wielka masa błękitnego, spękanego lodu. To lodowiec, który na naszych oczach z ogromnym hukiem się cieli. Ogromny kawał odrywa się i osuwa do wody, wzbudzając falowanie, takie minitsunami. Gruz lodowy, który otacza łódź, utrudnia i tak bardzo powolne manewrowanie. Chwytamy trochę lodu do wiadra i zmykamy w stronę dzisiejszego miejsca nocowania. Po drodze rozkruszamy bryły śrubokrętem i młotkiem, a wieczorem zalewamy je resztką rumu. Lód z lodowca syczy, gdy się rozpuszcza – wszystko przez uwięzione w nim bąbelki powietrza.

W Caleta Julia kapitan ogłasza „niedzielę”. Dla żeglarzy oznacza to, że nie robimy nic oprócz minimalnych czynności niezbędnych dla funkcjonowania jachtu i załogi, jak na przykład gotowanie obiadu. Część z nas postanawia zejść na ląd i zapuścić się w interior. Na szczęście na nogi zakładamy wysokie kalosze – jest tu mnóstwo porostów i torfu. Trzeba uważać na każdy krok, szczególnie w lesie, przez który przeprawiamy się, pełzając po spróchniałych pniach i badając grunt kijem. Znów mamy wrażenie, że jesteśmy w jakiejś fantastycznej rzeczywistości.

Pora wracać do Ushuaia. Towarzyszą nam albatrosy i kolejne stada wielorybów. Na foki nikt już nawet nie zwraca uwagi. Temperatura jest bliska zeru, ale przyzwyczailiśmy się do niej do tego stopnia, że zamiast trzech polarów wystarcza nam jeden. Na koniec robimy grilla w portowej świetlicy, tak zwanym quincho. Jest nienaturalnie ciepło, ale za to argentyńska wołowina smakuje wspaniale, podobnie jak wino. Na jacht wracamy radośnie pogwizdując.

Źródło: SEC&AS, wydanie 3/2018 s. 110

Powiązane

Łączność na morzu.

10.06.2019

Historia sklejonej kartki. Wywiad z Andrzejem Tylkowskim, autorem grafiki drugiej okładki SEC&AS.

01.07.2017

Popularne

Zrób to sam. Kamera termowizyjna Część II
26.02.2018
Kamera termowizyjna. Część I
15.01.2018
Cz. 1. Jednostki miar wielkości fizycznych – układ jednostek SI i nie tylko.
13.09.2018

Sec&As

COPYRIGHT © 2017 RIPOSTA. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE. PROJEKT I REALIZACJA: RIPOSTA