Licencja na zakochanie.

Autor: Anna Seweryn

Jeszcze do niedawna w zbiorowej świadomości Polaków istniał jeden odsyłacz do nazwiska Witkiewicz – Witkacy. Tak było do czasu, kiedy kobiecymi sercami zawładnęła bohaterka naszego wywiadu. Ma na swoim koncie ponad dwadzieścia powieści, a rzesza jej wiernych czytelniczek stale rośnie, bo jej książki to nie tylko piękne, zabawne i mądre historie, ale również bestsellery. Z Magdaleną Witkiewicz, najbardziej poczytną polską autorką powieści obyczajowych, rozmawia Anna Seweryn.

Anna Seweryn: Korci mnie, żeby zacząć od: „Cześć, co słychać?” [tytuł jednej z powieści Magdaleny Witkiewicz – przyp. red.]…

Magdalena Witkiewicz: Pytanie „Cześć, co słychać” bywa czasem niebezpieczne! Szczególnie, jak zadaje je dawna miłość, a w twoim małżeństwie wieje nudą… A nie, to nie książka, tylko pytanie w wywiadzie! (śmiech) Powiem Ci tak: jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Zawsze tak mówię, gdy rozmawiam z moim tatą. I faktycznie tak czuję! Jestem wdzięczna losowi za to, co mam, w jakim miejscu mojego życia się znajduję, i głęboko wierzę w to, że możemy sobie zwizualizować naszą przyszłość, a przynajmniej się do niej nastawić pozytywnie. Wiem, że będzie czasem pod górkę. Ale to jak z bieganiem – wbieganie pod górkę wzmacnia! A potem kiedyś będzie z górki. Bo przecież nie może być całe życie pod górkę. No, chyba że się jest Syzyfem... Czasem się jeszcze boję, że tym moim optymizmem mogę trochę zapeszyć, ale nauczyłam się, że szczęście trzeba znajdować w drobnych rzeczach. A te drobiazgi często usypują się w wielką górę szczęścia!

A.S.: Mam nadzieję, że nie zamordujesz mnie za to pytanie, bo pewnie pada w każdym wywiadzie. Mogłabym Cię zapytać o coś ekscentrycznego, na przykład o Twoją interpretację dzieł klasyków lub o podejście do kuchni fusion, ale niewiele to powie naszym czytelnikom na zasadniczy temat – jaką jesteś pisarką i jakim człowiekiem. A więc… co takiego się stało, że analityk marketingowy zabrał się za pisanie powieści? I to na dodatek obyczajowych, a nawet romansów… Mówiąc kolokwialnie, jak z księżniczki Excela stałaś się królową Worda?

M.W.: Matko! Jak ja się cieszę, że nie zapytałaś mnie o interpretację dzieł klasyków! Chociaż… Kupiłam sobie ostatnio tomik poezji Emily Dickinson. Nie czytałam poezji od czasów szkoły średniej, nagle poczułam, że muszę. W tym samym zamówieniu przyjdzie też książka o kiszonkach, więc zestaw iście wybuchowy. Prawie kuchnia fusion!
Analityk marketingowy, którym byłam, był nawet całkiem dobry w tym, co robił! Tworzyłam modele ekonometryczne, skomplikowane obliczenia, które określały prawdopodobieństwo konkretnego zachowania klientów banku. Brzmi skomplikowanie? Takie też było! I przynoszące satysfakcję, ale do czasu... Potem była praca w firmie odzieżowej, potem w rodzinnej, która zajmowała się tworzeniem systemów diagnostycznych dla kolejnictwa. I powiem Ci, że niestety (Tato, nie czytaj tego) nie interesowało mnie to wcale. Później zaszłam w ciążę, a że mój lekarz nakazał mi tryb życia fotelowo- -kanapowy, to się go słuchałam w stu procentach i całą ciążę leniwie oglądałam Investigation Discovery, o zbrodniach, morderstwach i innych kryminalnych sprawach. Czytałam też książki o tym, jak wychować dziecko i nie zwariować, w związku z tym, kiedy urodziłam moją Lilkę, okazała się ona idealnym dzieckiem i zasypiała przed dwudziestą, a ja miałam wolne do następnego karmienia. Mój mąż rozkręcał wtedy swoją firmę, więc miał bardzo mało czasu, a ja siedziałam sobie samotnie przed komputerem, bo chwilowo sensacyjne sceny z telewizji mi się znudziły. I zaczęłam coś pisać. W zasadzie zawsze coś pisałam, najpierw pamiętnik, potem blog, ale nigdy wcześniej nie pisałam książki. Zawsze wydawało mi się, że pisarze to tacy trochę nadludzie. Przecież zwykła Magda z Gdańska, która zawsze, ale to zawsze jak je obiad, się ufyfra, nie może być pisarką! Pisarze to są bardzo poważni ludzie, którzy nie brudzą się podczas obiadu! Niemniej jednak zaczęłam pisać. Na początku oczywiście nie powiedziałam nic o tym nikomu. Mój mąż, inżynier z krwi i kości (pewnie dokładnie taki sam, jak adresaci tego czasopisma), z pewnością nie podszedłby do tego poważnie. Zresztą zajęło mu to i tak dużo czasu. I do tej pory nie rozumie tych wszystkich mechanizmów, które funkcjonują w moim literackim świecie. Zatem po kryjomu stukałam w klawiaturę. Potem wrzuciłam fragment dziewczynom z forum dla mam. Chciały więcej! Wysłałam plik mojej mamie. „O matko, jakie to fajne, kto to napisał? Ty? Dziecko, to ty tak piszesz?”. Prawda, że wiara matki we własne dziecko jest zawsze wielka? (śmiech) I zaczęło się. Normalnie rollercoaster. Pani Monika Szwaja, która wydała ostatecznie tę książkę, po kilku godzinach od otrzymania pliku napisała mi: „Pani Magdo, tak bardzo się śmieję, że nie mogę nic mądrego napisać, napiszę, jak skończę”. I już poszło.

A.S.: Kiedy po raz pierwszy zaczęłaś o tym myśleć jak o pracy, sposobie na życie zawodowe?

M.W.: Długo wstydziłam się mówić, że jestem pisarką. Bo przecież to taki mało namacalny zawód! Ale jak już zaczęłam pisać książki, to zaczęłam o tym marzyć. Pamiętam, gdy kiedyś powiedziałam Sławkowi, zajmującemu się w Wydawnictwie SOL marketingiem, że chciałabym kiedyś utrzymywać się tylko z pisania książek. Popatrzył na mnie wtedy ze smutkiem, jakby nie chciał mnie rozczarować, i powiedział, że z tego w Polsce żyją tylko nieliczni. Trochę podciął mi skrzydła. Kilka lat później spotkałam go na targach i powiedziałam, że mi się udało. Pogratulował.
Od czasu pierwszej książki do momentu, kiedy zaczęłam traktować to jako wyłączne źródło zarobkowania, minęło trochę czasu. Po drodze była praca jako analityk marketingowy w dużej firmie ubezpieczeniowej, drugie dziecko i własna firma marketingowa, którą wraz z moim wspólnikiem prowadziłam jakieś dwa, trzy lata. Potem wspólnik miał dość wspólniczki pisarki i za to jestem mu do dzisiaj ogromnie wdzięczna! Sama nie potrafiłabym podjąć tej decyzji, a tak zostałam postawiona przed faktem. Oczywiście, jako były analityk byłam do tego przygotowana. Miałam dla męża tabelki w Excelu z prognozowanymi zarobkami i planami długookresowymi. Nie przekonało go to, ale już było za późno. I jak dobrze, że tak się stało! Zawsze tak po dwóch latach moja praca nudziła mi się i zastanawiałam się, czy ze mną jest wszystko w porządku. A jednak... Teraz czuję, że jestem we właściwym miejscu na mapie zawodowej. Trzeba było cierpliwości i już się nie nudzę! (śmiech)

A.S.: Niewiele osób ma pojęcie, jak wygląda proces produkcyjny książki. Większości wydaje się, że autor wysyła powieść do wydawnictwa, nabiera ona oprawy graficznej i wypuszczana jest na rynek. Obie wiemy, że prawda jest nieco inna… Co Ciebie osobiście zaskoczyło w tej pracy?

M.W.: Najbardziej? Do tej pory byłam przekonana, że piszę poprawnie, nie robię błędów. Z matury z polskiego dostałam szóstkę, to przecież nie robię błędów, prawda? A jednak. Zawsze po redakcji i korekcie plik mam cały czerwony od poprawek. Zawsze się znajdzie jakaś literówka czy brak przecinka. Albo „ubieram sukienki”, zamiast je zakładać. Korektorzy i redaktorzy nie stracą pracy! Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła, to taka, ile razy biedny autor musi przeczytać swoją książkę, zanim ona pójdzie w świat. Kilka, kilkanaście razy! Po takim wielokrotnym czytaniu sam autor się zastanawia, czy na pewno powinien ją w ten świat wypuszczać.

A.S.: Pracowałam kiedyś nad biografią Roberta Maxwella i tam jedna z redaktorek nazwana została akuszerką arcydzieł. Tak mi się to spodobało, że postanowiłam wykorzystać to w swoim opisie na FB. (śmiech) A jaki jest Twój kontakt z redaktorami? Muszą dokonywać „poskromienia złośnicy” czy raczej „gracie do wspólnej bramki”?

M.W.: Ja uważam, że każdy powinien się znać na swojej robocie. I zakładam, że jeżeli ktoś pracuje nad moją książką, to mamy wspólny cel: by była jak najlepsza. Zwykle zgadzam się z redaktorami, chyba że jestem do czegoś bardzo przywiązana. Tak jak w Milaczku na jednej z pierwszych stron napisałam „coś pierdykło”. Redaktorka z uporem poprawiała mi na „pierdyknęło”. No, ale ja przecież wiedziałam, co zrobiło – pierdykło, oczywiście! Potem mi jedna redaktorka wmawiała, że w XXI wieku kobiety nie myją nigdy podłogi, klęcząc na kolanach. Też się z tym nie zgodziłam. Ale ogólnie nie jestem uparta i wierzę, że redaktor chce jak najlepiej dla mojej książki.

A.S.: Kolejne z gatunku pytań banalnych, aczkolwiek zasadniczych… Jaki jest niezbędnik pisarski Magdy W.? Kawa, biurko, muzyka w tle…? Czy musisz mieć jakieś określone warunki do tworzenia, czy robisz to z doskoku, między gotowaniem zupy a odrabianiem lekcji z dziećmi?

M.W.: Kawa, kawa, kawa. Albo jeszcze lepiej mleko z kawą. W wielkim kubku, o określonym kształcie. I cisza. Zupełna cisza. Zero muzyki, telewizora. Dlatego lubię pracować, gdy jestem sama w domu albo gdy rodzina spoczywa już w objęciach Morfeusza. Wtedy nikt mi głowy nie zawraca. A pisanie – jasne, że z doskoku. Najpierw jestem mamą, żoną, a dopiero potem pisarką! Niestety lubię też jeść, gdy piszę. Chociaż ostatnimi czasy to się zmieniło, więc doprawdy nie wiem, jakie będą te moje książki bez lodów o smaku słonego karmelu…

A.S.: W kontekście mąk twórczych często przywoływany jest cytat z listu Gustawa Flauberta: „Jestem bardziej wyczerpany, niż gdybym góry przenosił. Chwilami chce mi się płakać. Trzeba woli nadludzkiej, a ja jestem tylko człowiekiem. [...] przesiedziałem cztery godziny, a nie mogłem skończyć jednego zdania […] co za okropna praca! Co za nuda! O sztuko! Sztuko! Czymże jest ta wściekła chimera, która wyżera nam serca, i dlaczego? To szaleństwo zadawać sobie tyle bólu”. Jak wygląda Twój proces twórczy? Miewasz fazy zniechęcenia, kiedy chcesz tym wszystkim rzucić?

M.W.: Tak zaczęłaś intelektualnie, Flaubertem, ale do rzeczy... Fazy zniechęcenia mam nieustająco. Wtedy przeglądam oferty pracy na pracuj.pl i zastanawiam się, czy ktoś jeszcze przyjmie do roboty pisarkę w charakterze analityka marketingowego. I chyba, niestety, już nie. Zatem nie mam wyjścia – trzeba pisać. Ale kocham tę robotę! Czasem wstaję rano i mówię do siebie: „Ale, Witkiewicz, się dobrze urządziłaś!”. Nie lubię tak zwanej wykończeniówki. Nie cierpię poprawiać, szlifować, dopieszczać. Jak skończę książkę, uważam, że jest najlepsza, jaką mogłam napisać. No, ale niestety, poprawki są konieczne. Mam też taki plik w komputerze, z mapą myśli. Plik zatytułowany jest „skrzypek na dachu” i zapisuję tam pomysły na nowe książki, rozplanowane na poszczególne lata. Trochę tego jest…

A.S.: Urzeka mnie w Twoim pisarstwie pewien słodko-gorzki rys, doskonale odnajdujesz się zarówno w wątkach humorystycznych, jak i nostalgicznych. Wielokrotnie podkreślane jest, że potrafisz w lekki sposób pisać o poważnych sprawach. Gdybyś miała przygotować notkę do leksykonu twórców polskich, jak byś zdefiniowała powieści Magdaleny Witkiewicz?

M.W.: O matko! Zdecydowanie wolałabym, by ktoś to zrobił za mnie. Ale pewne w mojej twórczości są dobre zakończenia. Niezależnie jak pogmatwam losy bohaterów, to wiadomo, że zakończenie będzie pozytywne. Oczywiście czasem zupełnie inne, niż czytelnik spodziewał się na początku, ale zawsze happy end! Poza tym piszę o tym, co się dzieje obok, tuż za ścianą. O kobietach, które mijasz codziennie w drodze do pracy. Po prostu o życiu. I dlatego tak lubię temu zwyczajnemu życiu dać trochę nadziei, trochę szczęścia. By czytelnik wierzył, że najlepsze przed nim, wystarczy zrobić tylko pierwszy krok. Marnie do leksykonu, co? Mówiłam, że lepiej, by ktoś zrobił to za mnie! (śmiech)

A.S.: Nie boisz się podejmowania trudnych tematów, jak niezrealizowane marzenia o macierzyństwie („Zamek z piasku”), zdrada małżeńska („Opowieść niewiernej”) czy kobieca seksualność („Szkoła żon”). Przewrotnie zapytam, czy są sprawy, których nie chcesz dotykać, o których nigdy nie napiszesz?

M.W.: Są! Nie mogę napisać książki, w której dzieje się krzywda dzieciom. W jednej ze swoich książek, która ukaże się dopiero w styczniu, musiałam opisać dzień z życia kobiety, która kilkanaście lat wcześniej straciła syna. Syn był już dorosły i zginął w wypadku motocyklowym. Kilka dni się zbierałam do tej sceny. Nie mogłam, po prostu nie mogłam tego napisać. Emocje siedziały we mnie, ale nie chciałam przelewać ich w słowa, nie chciałam ich nazywać. Udało się w końcu, ale było to dla mnie bardzo trudne. Zatem krzywdy dzieciom nie zrobię. (śmiech)

A.S.: Doskonała klamra, bo nawiążę do tego wątku kolejnym pytaniem. Z okazji niedawno obchodzonego Dnia Dziecka większość profili FB i portali związanych z książkami sugerowało podróż do przeszłości, do źródeł swoich młodzieńczych inspiracji. Jakie książki ukształtowały Twój gust czytelniczy? Które wywarły na Ciebie wpływ kiedyś i do dzisiaj Cię poruszają?

M.W.: O! Mogłabym długo o książkach z dzieciństwa! Zaczęłam czytać bardzo szybko. Zupełnie nie wiem, jak się tego nauczyłam, ale gdy miałam pięć lat, czytałam już płynnie. Pożerałam wszystko, co kupowała mi mama, a kupowała bardzo dużo książek. Dzieci z Bullerbyn, Mary Poppins, Pięcioro dzieci i coś, Pan Samochodzik, książki Nizurskiego, Bahdaja, później Godzina pąsowej róży i Zapałka na zakręcie. Jednak numerem jeden pozostanie zawsze Błękitny zamek Lucy Maud Montgomery. To książka, do której wracałam wiele razy i która poprawiała mi humor wielokrotnie!

A.S.: Skoro wywołałam temat dzieciństwa… Jesteś też autorką książek dla młodych czytelników („Lilka i spółka”, „Lilka i wielka afera”, „Mateusz i zapomniany skarb”). Osobiście uważam, że to jedno z najtrudniejszych wyzwań pisarskich, zakładając, że chcemy stworzyć ciekawą i mądrą fabułę, dostosowaną do wieku naszych czytelników. Skąd taki pomysł?

M.W.: To prezent dla moich dzieci – Lilki i Mateusza. Książka jest inspirowana trochę moim dzieciństwem, beztroskimi wakacjami na Kaszubach. Mój tata, nauczyciel akademicki, miał dwa miesiące wolnego, dlatego to on głównie zajmował się mną w wakacje. Mamy śliczny drewniany domek na Kaszubach, jeździliśmy właśnie tam. To moje miejsce na ziemi. Pisanie dla dzieci nie jest trudne, o ile stosujemy jedną ważną zasadę: traktujemy dziecko na równi z nami. Jeżeli pisarz tak myśli, to już połowa sukcesu. Jeżeli natomiast zacznie traktować dzieci jako istoty mniej rozgarnięte niż on sam, z pewnością poniesie porażkę. Ja przy książkach dla dzieci doskonale się bawię. Przecież zupełnie nie tak dawno byłam małą dziewczynką!

A.S.: Trochę już o tym wspominałaś, ale pociągnę jeszcze temat, bo jest ciekawy… W wielu wywiadach nazywana jesteś specjalistką od happy endów, a sama na swojej stronie internetowej piszesz: „Podobno moje powieści poprawiają nastrój. Są lekiem na deszcz za oknem i nieco smutniejsze dni. Moje książki zawsze kończą się dobrze. Niezależnie jakie przeciwności losu napotykają bohaterów na swojej drodze – zawsze potem żyją długo i szczęśliwie”. Skąd taka potrzeba szczęśliwego zakończenia?

M.W.: Jestem optymistką. I wierzę w to, że trzeba myśleć pozytywnie i wizualizować sobie dobre życiowe zakończenia. W życiu, jak wiemy, bywa różnie. To po co sobie dokładać jeszcze w wolnym czasie, na własne życzenie? Ja lubię, gdy literatura odpręża, wywołuje dobre emocje. Gdy daję nadzieję, na lepsze jutro. Moje książki są takim puszystym kocem, w który możemy się wtulić, gdy mamy gorszy humor i po chwili świat stanie się po prostu bardziej przyjazny. Oczywiście w trakcie lektury można nawet trochę popłakać, czy się mocno zdenerwować, ale nie trzeba zaglądać na koniec, by wiedzieć, że wszystko zakończy się dobrze.

A.S.: Piszesz, że „czereśnie zawsze muszą być dwie”, ale sprawa nie jest już taka oczywista, jeśli chodzi o autorów… Rzadko się zdarza, żeby któryś z pisarzy miał na swoim koncie tyle „tandemów literackich”, co Ty (współpraca z Alkiem Rogozińskim, Nataszą Sochą, Marzeną Grochowską i Magdaleną Kuydowicz). Co Ci daje pisanie w duecie?

M.W.: No właśnie... Przesadziłam? Chyba przesadziłam. (śmiech) Tym bardziej że w styczniu jeszcze jeden duet, ale o tym na razie cicho sza! Dodam tylko, że czytelnicy na pewno będą zaskoczeni… Lubię się rozwijać i czuję, że te wszystkie duety spełniły swoje zadanie, bo od każdego się sporo nauczyłam. A przy książkach pisanych z Alkiem Rogozińskim na dodatek bardzo dobrze się bawiłam i trochę zrelaksowałam. Ale teraz już czas, by popisać znowu samej. Pomysły kłębią się w głowie, trzeba siadać do pracy!

A.S.: Ostatnio usłyszałam takie sformułowanie, że w dzisiejszych czasach, żeby zaistnieć, trzeba być na FB. Jakie jest Twoje podejście do mediów społecznościowych? Mam śmiałą tezę, że obecnie większość pisarzy funkcjonuje trochę na zasadzie prowadzenia własnego Pudelka, muszą codziennie uchylać rąbka tajemnicy ze swojego życia...

M.W.: Kiedyś prowadziłam firmę marketingową, więc marketing kocham. Bardzo lubię się dzielić swoimi przemyśleniami na Facebooku czy Instagramie, chociaż oczywiście kontroluję to, do czego dopuszczam swoich czytelników. Nie pokazuję dzieciaków, strzegę ich prywatności. Synowi jest w zasadzie jeszcze wszystko jedno, ale córka kategorycznie mi zabroniła. Szanuję jej decyzję i zawsze pytam, gdy chcę umieścić coś choćby minimalnie związanego z nią. Moim zdaniem teraz autora nie odbiera się wyłącznie przez pryzmat książek, ale też przez pryzmat tego, jakim jest człowiekiem. Dzięki social mediom ten kontakt może być bliższy i bardziej prywatny. Lubię moich czytelników. Lubię z nimi rozmawiać. Kiedyś byłam w Zakopanem i mój syn dostał wysokiej gorączki. Zadałam pytanie, czy może akurat jakaś czytelniczka- lekarz jest w Zakopanem. Po pięciu minutach dostałam odpowiedź. Była! Pomogła mi i teraz konsultuje wszelakie aspekty medyczne w moich książkach. Zaprzyjaźniłyśmy się. Zatem Facebook czasem jest przydatny.

A.S.: Słów kilka o „ciemnej stronie mocy”... W rozmowie ze znajomymi pisarzami wielokrotnie podejmowaliśmy temat hejtu w Internecie. Jak sobie z tym radzisz? Czy trafiłaś na swojej drodze na psychofana? Czego nie lubisz w światku literackim?

M.W.: Może nie mam psychofanów, ale kiedyś miałam hejterkę. Oczywiście co jakiś czas pojawiają się w sieci różnorakie epitety na mój temat, nie piszę tu o krytycznych recenzjach, ale o klasycznym hejcie. Moja hejterka na swoim fanpage’u codziennie zamieszczała posty na mój temat. A to, że jestem głupia, mało inteligentna, że kompletnie nie potrafię pisać i że kto mi w ogóle dał maturę, a to, że z pewnością kłamię, że skończyłam studia. A do tego wszystkiego jestem gruba. Jakby pisarce w pisaniu przeszkadzały gabaryty! Bardzo się tym przejmowałam. Zadzwoniłam do mojej koleżanki Marzeny Grochowskiej, która jest coachem. Najlepszym na świecie, dodam.
– Marzenka, jest mi tak przykro. Bo ta hejterka mnie nie lubi. Nic złego jej nie zrobiłam! Piszę takie pozytywne książki, staram się być dobrym człowiekiem! Jest mi bardzo przykro, że ona mnie nie lubi!
– Nie musi – powiedziała Marzenka. – Mój kot też cię nie lubi.
– Dlaczego? Dlaczego twój kot mnie nie lubi? Jest mi tak bardzo przykro, że on mnie nie lubi! Przecież nic złego mu nie zrobiłam!
Marzenka westchnęła.
– Posłuchaj siebie... Po pierwsze, wcale nie wiesz, czy mam kota. Po drugie, nawet jakbym miała, to co cię obchodzi, że jakiś obcy sierściuch, który mieszka zupełnie gdzie indziej i którego pewnie nigdy nie zobaczysz, cię nie lubi? Przecież to nie jest w twoim życiu istotne!
I tej wersji się trzymam. Nie czytam recenzji, negatywnych opinii, a tych, którzy mnie nie lubią, po prostu blokuję na Facebooku. Ja nie widzę tego, co oni piszą, oni tego, co ja piszę, i chyba wszyscy są szczęśliwi. Taki happy end. (śmiech)

A.S.: Pewien znany polski aktor (nie zdradzamy który, by podsycić emocje) wykupił prawa do ekranizacji jednej z Twoich powieści – „Szkoły żon”. Będziesz miała wpływ na scenariusz? Kogo widziałabyś w roli głównych bohaterek? Dodam, Magdaleno, że rzadko czytam recenzje przed przystąpieniem do lektury książki, tak więc zaskoczyłaś mnie, a pikanteria tej fabuły wywołała rumieniec na mej twarzy…

M.W.: Tak, zostały kupione prawa do filmu, ale zupełnie nie wiem, czy coś się dzieje w tym temacie. To świat, którego w ogóle nie znam, ale chyba wymagający cierpliwości. A pikanteria mnie samą zaskoczyła! No, ale cóż... życie. Gdyby nie seks, nie byłoby nas na tym świecie, prawda? (śmiech)

A.S.: W ostatnim roku Twój wizerunek zasadniczo się zmienił. Wyglądasz wprost zjawiskowo! Sporo schudłaś, a rzesze czytelniczek z zapartym tchem śledzą Twoje trasy na Endomondo. Co Cię motywuje do zmian? Co Cię inspiruje i napędza do działania?

M.W.: Wizualizowałam sobie siebie na targach książki w sukience i szpilkach. No i udało się! Teraz wizualizuję się na mecie biegu na dziesięć kilometrów. Wiesz, że miałam w liceum mierną z wuefu? W mojej głowie tkwi przeświadczenie, że jak dostanę medal za bieg na tym dystansie, to MOGĘ WSZYSTKO. Zamknę rozdział grubej, niewysportowanej Magdy i rozpocznę nowe życie. Dla mnie to ważne. Nie lubię sportu, i nie ukrywam tego, ale zrozumiałam, że to taka gorzka tabletka. Żeby być zdrowym, musisz łykać. Mam nadzieję, że kiedyś polubię ruch. Chociaż… teraz mnie boli biodro i nie mogę biegać, och jaka jestem zła!

A.S.: W książce „GPS szczęścia” doradzacie z Marzeną Grochowską, jak się wydostać z Czarnej D. Jakieś „rady instant” dla naszych czytelników? Taka psychologiczna apteczka pierwszej pomocy, gdy jest ci bardzo źle…

M.W.: Polecam książkę! Tam są rady instant. A tak jeszcze bardziej instant? Uwierzyć, że będzie lepiej. Ja zawsze mówię: „Jeżeli nie jesteś happy, to jeszcze nie jest end”. I bardzo w to wierzę. Jeżeli jesteśmy zamknięci w swojej własnej skorupie i nie zrobimy pierwszego kroku w stronę szczęścia, to nic się nie zmieni. Czasem trzeba otworzyć oczy i zmusić się do tego przesunięcia się, choćby o centymetr. Może właśnie tam napotkamy szczęście? Optymizm to chyba klucz do sukcesu.

A.S.: Wydajesz się kobietą spełnioną. Masz na swoim koncie kilkanaście bestsellerów, jesteś szczęśliwą żoną i matką, a także niespokojnym duchem, który wciąż podejmuje się nowych wyzwań. O czym jeszcze marzy Magdalena Witkiewicz? Czego możemy Ci życzyć?

M.W.: Na to pytanie często odpowiadam, że chciałabym, by moje życie przypominało taki nudny, spokojny film. Bez zwrotów akcji, bez dramatów i niemiłych zaskoczeń. A na końcu, za kilkadziesiąt lat, by czekał na mnie ten „happy end”. A poza tym? Chcę jeszcze zgubić 15 kilogramów, przebiec w listopadzie 10 km, zobaczyć na ekranie film na podstawie mojej książki i – co lepsze – pojawić się w tym filmie choćby na trzy sekundy. O tak! To jest moje marzenie, ale wierzę, że ono się spełni. Nie zapeszam, tylko wizualizuję!

A.S.: Tego Ci życzymy! Jako że jesteś „skazana na sukces”, wierzymy, że to będzie hit kinowy. Dziękujemy za wspaniałą rozmowę.

Źródło: SEC&AS, wydanie 3/2018, s. 104

Powiązane

W POSZUKIWANIU INSPIRACJI.

08.05.2018

SKĄD JA PANA ZNAM?

03.01.2018

Popularne

Zrób to sam. Kamera termowizyjna Część II
26.02.2018
Kamera termowizyjna. Część I
15.01.2018
Licencja na zakochanie.
02.09.2018

Sec&As

COPYRIGHT © 2017 RIPOSTA. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE. PROJEKT I REALIZACJA: RIPOSTA