Z pamiętnika bezpiecznika, czyli scenki rodzajowe palcem bezpieczeństwa dotknięte.

Autor: Jan Kapusta

Wprowadzenie
Znane jest powiedzenie, że „bezpieczeństwo to stan umysłu”. Jest to jedna z wielu parafraz słów Ghandiego, który w oryginale mówił o wolności jako stanie umysłu, ale ta wersja też mi się podoba. Zawiera ono w sobie słowo, które wskazuje na prawdziwą naturę bezpieczeństwa. Tym słowem jest „umysł”, który co do zasady jest wyspecjalizowanym narzędziem zazwyczaj używanym przez człowieka w tzw. procesie myślenia. Oczywiście można sprowadzać umysł do procesów biochemicznych w mózgu i mózgu jako takiego, ale ja zostanę przy umyśle nieco szerzej rozumianym. Umyśle, który pozostawia ślad swej aktywności w postaci wytworzonego produktu, takiego jak choćby wypowiedziana myśl, która usłyszana przez innych zaczyna swoje nowe życie z dala od jej twórcy. Generalnie lubię wierzyć, że umysł to coś więcej niż tylko chemia zmieszana z fizyką.

To, co nazywamy bezpieczeństwem, to nie tylko efekt naszego subiektywnego samopoczucia czy możliwie obiektywnej oceny rzeczywistości, ale przede wszystkim jest to efekt naszego mniej lub bardziej przemyślanego działania. Są ludzie, którzy profesjonalnie zajmują się myśleniem o bezpieczeństwie. Osoby te czasami nazywane są „bezpiecznikami”. Szukając lepszych słów, powiedziałbym, że „bezpiecznik”bw tym rozumieniu zajmuje się zarządzaniem bezpieczeństwem, czyli myśli o tym, jak uniknąć lub zminimalizować straty, które m.in. wynikają z braku myślenia innych osób lub z efektów przemyśleń ta- kich osób, których kręgosłup moralny jest w wątpliwej kondycji i pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście „bezpiecznik” myśli również o innych zagrożeniach niż te, które wynikają z działalności ludzkiej, ale ja chciałbym skupić się na człowieku. Na tym samym człowieku, który często zwany jest najsłabszym elementem systemu bezpieczeństwa. Właściwie to nie tyle chcę się skupiać na samym człowieku, co raczej na efektach różnie rozumianych procesów myślowych istoty ludzkiej. Z tego również powodu, jeżeli poprzez ten tekst skłonię kogoś do refleksji i od czasu do czasu wywołam uśmiech na twarzy, oznacza to, że mój cel został osiągnięty.

Choć wszystkie przedstawione tu sceny inspirowane są życiem, to wszelka zbieżność imion, nazwisk czy nazw instytucji jest czysto przypadkowa, a celem nie jest stworzenie złego wizerunku żadnej osoby, firmy czy branży, a jedynie wskazanie obszarów i zagadnień, które moim zdaniem są warte refleksji. Innymi słowy tekst ten należy określić jako coś, co zwie się fikcją literacką. W związku z tym nie należy traktować go zbyt dosłownie. Nawet jeżeli dana sytuacja jest nieco przerysowana, a miejscem jej akcji jest np. garaż, to starałem się, by sytuacja ta mogła zostać potraktowana jako swego rodzaju punkt wyjścia do postawienia samemu sobie pytań o różne aspekty zarządzania bezpieczeństwem.

Scena 1, czyli kulinarne i szklarskie podejście do bezpieczeństwa
Sztuka nawijania makaronu na uszy oraz wciskania kitu wydaje się głównym celem podnoszenia kwalifikacji wielu osób. Zamiast szukać realnych i wiarygodnych źródeł wiedzy oraz miejsc, w których można pobierać nauki, wkładają oni dużo wysiłku w to, by doskonalić się w sztuce uzasadniania czegoś, co nigdy nie powinno wystąpić w profesjonalnym świecie. Świat bezpieczeństwa nie jest wolny od tego zjawiska, choć czasem trudno rozstrzygnąć, czy mamy do czynienia z kitem, czy ze zwykłym brakiem wiedzy. Może jest tak, że makaron nawijany na uszy ma być specyficzną formą maskowania własnych luk w edukacji lub kręgosłupie moralnym. Możliwe też, że jest to akt „miłosierdzia”, w którym karmimy głodnego nieświadomego, który chętnie w jakiś sposób odwdzięczy się za strawę, którą właśnie otrzymał. Póki łyka, póty płaci: taki rekin, który zwyczajnie musi coś zjeść i nie ma znaczenia, co to będzie – makaron, kit czy puszka po konserwie. Niezależnie od tego, czy jest to kłamstwo w czystej postaci, efekt kreatywnej twórczości czy nieświadomości, to w kontekście bezpieczeństwa oznacza to zazwyczaj mniejsze lub większe komplikacje. Dla przykładu opiszę zasłyszaną historię, która zaczęła się zupełnie normalnie…

Ten dzień nie różnił się jakoś specjalnie od innych. Pobudka, kawa, śniadanie, praca, powrót do domu, obiadokolacja… „No tak, czy możliwym jest zjedzenie posiłku bez asysty dzwoniącego telefonu?” – pomyślał Janek, dotykając przycisku „odbierz” na ekranie swego średniej klasy smartfona. Odebrał, z trudem ukrywając nieco poirytowany ton głosu. Praca „bezpiecznika” w jednej z większych korporacji nie była jedną wielką sielanką i choć nigdy nie narzekał, to jak większość ludzi potrzebował czasem odrobiny spokoju. Nie znał wyświetlonego numeru, ale jak zawsze starał się być możliwie kulturalny, co stanowiło w jego rozumieniu jeden z elementów profesjonalizmu.

Głos w słuchawce bez wątpienia należał do mężczyzny, który raczej nie miał problemów z dykcją. Po akcencie i intonacji można było wnosić, że jest to mężczyzna dojrzały i raczej wykształcony. Tyle pierwsze wrażenie, ale Janek wiedział, że wkrótce dowie się więcej o tym człowieku i pierwsze wrażenie zostanie względnie szybko zweryfikowane przez samo życie.

– W czym mogę pomóc?

– A czy zna się pan na alarmach?

– Coś tam wiem, ale to zależy, kto i o co pyta. – „Bezpiecznik” starał się, by zabrzmiało to raczej jak żart niż arogancja.

– Oj, przepraszam – niemal natychmiast zreflektował się nieznajomy. – Nazywam się Adam Norski i dzwonię do pana z polecenia. Nasz wspólny znajomy powiedział mi, że może mi pan pomóc w problemie, który mam z systemem alarmowym.

– Nie mogę nic obiecać, ale słucham. W czym mogę pomóc?

Okazało się, że w domu pana Norskiego niedawno zainstalowano system alarmowy, który nie działa tak, jak powinien, gdyż „nie alarmuje wtedy, gdy powinien alarmować, natomiast dla odmiany często wyje, gdy wyć nie powinien”. Janka zaintrygował ten opis sytuacji, który z grubsza przedstawiał system sygnalizacji włamania i napadu o funkcjonalności odwrotnej do typowo zakładanej dla tego rodzaju elektronicznego systemu zabezpieczeń – niesygnalizowane włamanie z sygnalizowanym brakiem włamania. Brzmiało to komicznie i strasznie zarazem. O ile problem tzw. fałszywych alarmów, zwanych inaczej niechcianymi, jest względnie znany, to jego kombinacja z brakiem skuteczności wykrywania intruza rysowała prawdziwy problem. Z jednej strony, taki stan rzeczy musiał być bardzo uciążliwy dla użytkownika, a z drugiej strony, istniało ryzyko, że dojdzie do prawdziwego włamania, które nie zostanie wykryte, a nawet jeżeli zostanie wykryte, to i tak przez wszystkich może zostać uznane a priori jako prawdopodobnie fałszywy alarm. Janek wiedział, że osoba, która do niego dzwoni, nie należy raczej do grona osób zadowolonych z produktu, który zakupiła, i raczej nie ukrywa swoich uczyć w tym temacie.

Bezpiecznik” sam siebie nazywał czasami frajerem, bo to nie pierwszy raz, gdy rozumiejąc problem drugiego człowieka, starał mu się pomóc, nie licząc na zarobek, ale wiedział dobrze, że każda tego typu sytuacja wzbogacała jego doświadczenie i niektórym przywracała wiarę w branżę. Stać go było na takie po dej ście, bo od „matki korporacji” otrzymywał rozsądne  wynagrodzenie. Jednocześnie, chcąc być uczciwym względem swojego pracodawcy, nie podejmował się zadań zewnętrznych w czasie swojej regularnej pracy. Generalnie uważał, że zdobywanie wiedzy jest istotne w jego branży, a gdzie lepiej tę wiedzę zdobywać niż na żywym organizmie… W związku z tym, nie gwarantując powodzenia akcji, „bezpiecznik” umówił się z niezadowolonym klientem na najbliższą sobotę, prosząc uprzednio o przygotowanie dokumentacji, instrukcji czy kart katalogowych urządzeń.

Czas szybko płynie, więc i na sobotę nie trzeba było długo czekać. Choć Jankowi wcale nie chciało się tej pochmurnej soboty wychodzić z łóżka, to zobowiązanie pozostaje zobowiązaniem, więc trzeba było się ruszyć i jechać do człowieka w potrzebie. Zadania nie ułatwiała mu też mina żony, która była wprost „zachwycona” faktem, że bliżej nieokreślony kawałek dnia, który mąż powinien spędzić z nią i dziećmi, zostanie wkrótce ofiarowany przez hojnego małżonka równie bliżej nieokreślonej osobie. Janek znał tę minę świetnie i nawet rozumiał jej powody, ale „służba nie drużba”. Zabrał się i pojechał.

Dom, który ukazał się jego oczom, nie wyglądał specjalnie imponująco. Dość duży, architektonicznie przypominał prywatne lokum zasłużonego działacza KC partii za wczesnego Gierka. Oczywiście laicka ocena architektury poczyniona przez Janka nic nie wnosiła do sprawy, czego zresztą sam „bezpiecznik” miał świadomość. Otworzył mu dobrze ubrany mężczyzna w wieku ok. 45 lat. Po wyjaśnieniu, kto jest kim, gospodarz jeszcze raz metodycznie wyjaśnił Jankowi, w czym jest problem. Pan Adam wspomniał, że jest dyrektorem, czym zajmuje się jego firma oraz kilka innych rzeczy o sobie w ramach pozornie luźnej pogawędki. Interesujące, jak wiele można dowiedzieć się o człowieku w czasie kawy. Janek, już gdy wchodził do tego domu, zauważył klawiaturę (lub – jak kto woli – manipulator kodowy), która jednoznacznie wskazywała na producenta centrali alarmowej oraz na dość specyficzny rodzaj czujek, które przykuły jego uwagę.

– Dobrze… – powiedział „bezpiecznik”. – Chciałbym pana prosić o oprowadzenie mnie po domu oraz pokazanie pana psa.

– Skąd pan wie, że mam psa? – zapytał nieco zaintrygowany dyrektor.

– Trochę zgadywałem, ale czujki, które ma pan zainstalowane, są używane w przypadkach, gdy ktoś próbuje pogodzić obecność zwierzęcia z działaniem systemu. – Przez uprzejmość nie wspomniał o wszechobecnej sierści.

– No tak… właściwie to nie mam psa, a dwa duże psy, boksera i owczarka niemieckiego, ale zamykam je w konkretnym pomieszczeniu, gdy nie ma mnie w domu lub gdy przychodzą goście.

– OK, taka informacja mi na razie wystarczy. – Janek nie naciskał na bezpośrednie spotkanie z pupilami właściciela, jako że nadal pamiętał wizytę w jednym z domów kilka lat wcześniej, gdy tego typu zamykany pupil uwolnił się z pomieszczenia, gdy „bezpiecznik” zajmował się jeszcze konserwacją systemów. Na to wspomnienie odruchowo podrapał się po miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

– I widzi pan, tu właśnie jest jeden z problemów… – kontynuował pan Adam. – Fałszywe alarmy mam głównie z tego właśnie pomieszczenia, w którym zamykam psy.

– A czy zauważył pan jakąś tendencję, schemat, swego rodzaju regułę co do czasu tych alarmów? Czy może występują one raczej nieregularnie, o różnych porach dnia czy godzinach?

– A wie pan, że to dość ciekawe pytanie – odpowiedział gospodarz – bo faktycznie nawet mnie to trochę zastanowiło, że w tym nieszczęściu mam tyle szczęścia, że jak włącza się alarm, to ja już prawie w domu jestem, więc nie muszę specjalnie się z pracy wyrywać, jak dzwoni do mnie monitoring.

Pierwsza zagadka wydawała się rozwiązana, a przeglądnięcie historii alarmów w pamięci centrali potwierdziło historię opowiedzianą przez dyrektora. Janek dla potwierdzenia swej teorii potrzebował jednak obejrzeć pomieszczenie, w którym zamykane były psy. Nie cieszył się z perspektywy spotkania lokalnych czworonogów, ale chcąc zobaczyć ten pokój, niespecjalnie miał wyjście. Na szczęście, ku uciesze „bezpiecznika”, dyrektor Adam sam zaproponował, że na czas oględzin zamknie pieski gdzie indziej.

– Czy zauważył pan ślady łap na ścianach? – zapytał Janek.

– Owszem; to radosne istoty i dlatego zamykam je w takim pomieszczeniu, które raczej nie musi być reprezentatywne. Ale jakie to ma znaczenie?

– Szczęście zwierząt ma zawsze znaczenie, ale szczęście pana psów w połączeniu z ich rozmiarem ma też znaczenie dla pana systemu. Moja teoria jest dość prosta. Psy doskonale wyczuwają, że pan wraca z pracy i jest przed domem. Z radości stają na tylnych łapach, podskakują i robią wszystkie te rzeczy, które robią psy, gdy chcą okazać ogrom swego szczęścia. Niestety tego rozmiaru pies stojący na tylnych łapach niespecjalnie w swej bryle odbiega od bryły dorosłego człowieka, a zatem system nie ma wyjścia. Coś dużego jak człowiek porusza się w chronionym pokoju, więc trzeba działać, i system działa.

– Ale co mi pan chce powiedzieć, że mam psy unieszczęśliwić? – Dyrektor wydawał się nieco skołowany, a z pewnością lekko poirytowany.

– Nic podobnego. Mówię, że czujka działa prawidłowo, ale rozwiązanie, które przyjęto, zwyczajnie się nie sprawdziło i teraz trzeba poszukać jakiegoś wyjścia  z tej sytuacji.

Dyrektor stanowczo sprzeciwił się wyłączeniu czujki, a Janek nie znał czujki ruchu, która sprostałaby zadaniu. „Bezpiecznik” zasugerował więc zainstalowanie dodatkowo np. czujki wibracyjnej na framudze okna oraz tzw. kontaktronu, czyli czujki, która reaguje na otwarcie okna oraz pewnych zmian programowych. Można wówczas skonfigurować system tak, że gdy psy zostają w domu, uzbraja się wszystko z wyjątkiem tej zamontowanej już czujki ruchu, a gdy dom jest zupełnie pusty, może uzbroić dokładnie wszystko.

– Szkoda, że firma, która mi instalowała system, o tym nie pomyślała. Podoba mi się ton rozwiązanie, ale na tę chwilę nie wchodzi w grę. Dopiero co skończyliśmy remont i choć ten pokój może jest już zabrudzony przez psie łapy, to do kolejnego remontu nie będziemy tu nic kuć, wiercić czy malować.

– Ostatnie względnie rozsądne rozwiązanie, które przychodzi mi do głowy, to zmiana w programie centrali i zaprogramowanie tej linii alarmowej jako tzw. linii wejścia/wyjścia. Zmiana ta co prawda nie gwarantuje, że fałszywe alarmy zostaną całkowicie wyeliminowane, ale z pewnością zredukuje ich liczbę. W praktyce, gdy będzie pan wracał i psy zaczną się cieszyć, na tę okoliczność jednocześnie wzbudzając czujkę, sygnalizacja alarmu nie zacznie się od razu, lecz system będzie odliczał czas na wejście i rozbrojenie alarmu. Trzeba będzie jeszcze sprawdzić, ile faktycznie czasu potrzebuje pan na rozbrojenie i prawdopodobnie wydłużyć go nieco, ale do czasu potencjalnej modernizacji systemu nic innego nie przychodzi mi do głowy.

– OK, brzmi sensownie, tylko kiedy może pan to zrobić?

– Znając kod serwisowy, mógłbym to zrobić od ręki, ale uważam, że to zadanie dla firmy, która założyła system. Nawet jeżeli podadzą nam kod, to przy każdym kolejnym problemie mogą próbować zwyczajnie umyć ręce od odpowiedzialności, tłumacząc się tym, że ktoś inny niż oni maczał w tym systemie palce i nie wiedzą, co ten ktoś pozmieniał.

– Ach, racja – przytaknął ze zrozumieniem dyrektor.

– Proszę mi tylko podyktować, co jest do zrobienia, żeby mi nic nie umknęło.

Sytuacja wydawała się opanowana, ale jedno nie dawało Jankowi spokoju: skoro psy zamykane są w konkretnym pomieszczeniu, to z jakiego powodu dokładnie wszystkie czujki są tego samego rodzaju. Czy ktoś zwyczajnie naciągnął dyrektora na droższe urządzenia, niż były potrzebne? A może inaczej wyglądała sytuacja w czasie, gdy dyrektor uzgadniał z firmą organizację systemu? To, czego Janek był pewien, to fakt, że wyroków nie można ferować, nie znając pełnego obrazu sytuacji, wszystkich okoliczności. Ludzie często mają tendencję do wybielania się, ukrywania niewygodnych faktów i obwiniania innych. Wkrótce wyjaśniło się, że pierwotnie psy mogły się poruszać po całym domu, jednak w związku z ogromną liczbą fałszywych alarmów firma montująca system zasugerowała zamykanie czworonogów. Zaskoczyło to nieco „bezpiecznika”, ale nie skomentował sytuacji, prosząc jedynie o sprecyzowanie, na czym polega problem z niewykrywaniem ruchu.

Dyrektor od razu gorliwie przystąpił do prezentacji. Jankowi trudno było uwierzyć w to, co właśnie zobaczył. Dorosły mężczyzna, ubrany w spodnie od garnituru oraz koszulę, na czworakach, jak raczkujące niemowlę, przemierzył drogę od holu przez schody na piętro, by wreszcie dotrzeć do sypialni, w której stało ogromne stylowe łóżko, dwie szafki nocne i komoda z ustawionym na niej ogromnym telewizorem. Faktycznie czujki nie sygnalizowały wykrycia raczkującego mężczyzny. Trudno powiedzieć, czy „bezpiecznikowi” udało się ukryć zdziwienie czy nie, ale z pewnością nie był on zaskoczony brakiem reakcji czujek, a tym specyficznym „eksperymentem procesowym”. Dyrektor po powrocie z tej niecodziennej wyprawy wstał i otrzepawszy spodnie z kurzu, poprawił koszulę, a następnie zwerbalizował swoje przemyślenia i odczucia.

– Panie Janku, przecież ktoś mnie może zwyczajnie obrobić, poruszając się w ten sposób.

Janek potrzebował chwili, by pozbierać myśli.

– Proszę mi wybaczyć pytanie, ale jaka jest różnica pomiędzy poruszającym się psem, wielkości pana psów, a panem chodzącym na czworakach? Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale ja pytam o różnicę w sensie bryły geometrycznej. Przecież jest ona raczej niewielka w tym zakresie. Zatem z jakiego powodu sądzi pan, że czujka rozróżni dużego psa od, przepraszam, raczkującego człowieka?

– No faktycznie, w tym znaczeniu dużej różnicy nie ma, ale człowiek, który mi ten alarm sprzedawał, twierdził, że ta czujka jest droga, bo działa lepiej od innych tego rodzaju, a mianowicie rozróżnia ona człowieka od psa po tym, że pies inaczej stawia łapy niż człowiek swoje kończyny, gdy chodzi na czworakach.

Tym razem Janek nie był w stanie ukryć zdziwienia, a sytuacja wydawała się wręcz żenująca. Z jednej strony raczkujący dyrektor firmy, która handluje jednak sprzętem technicznym, a z drugiej mistrzostwo we wciskaniu kitu i nawijaniu makaronu na uszy bliżej nieznanej osoby z tzw. branży zabezpieczeń technicznych. Nigdy wcześniej nie słyszał o takiej historii i jedynie utwierdzał się w przekonaniu, że za każdym razem, gdy już myślał, że trudno go będzie zaskoczyć jakimś absurdem, zawsze był w błędzie i nie musiał nazbyt długo czekać na wyprowadzenie go z tego błędu. Siląc się na możliwy profesjonalizm, rozpoczął spokojne i metodyczne tłumaczenie tego, co się przed chwilą zadziało.

Koncentrując się już na samej nazwie zainstalowanych u dyrektora „czujek ignorujących zwierzęta”, wyjaśnił, że w uproszczeniu oznacza to, iż taka czujka nie widzi wszystkiego lub raczej nie na wszystko, co zobaczy, zareaguje – coś pominie. Oczywistym więc wydaje się, że będzie wykrywała mniej niż taka czujka, która nie ma w nazwie słowa „ignorować”. Dyrektor zdecydował się na tego typu urządzenia, zapewniany, że dla posiadacza czworonogów to optymalna opcja, która z pewnością wychwyci ruch potencjalnego włamywacza, nawet jeśli będzie się poruszał na czworakach.

– Jeżeli ktoś tak to panu wyjaśnił, to najzwyczajniej pana okłamał. Pytanie tylko, jak to udowodnić, a to, o ile jest możliwe, będzie w mojej ocenie co najmniej niezwykle trudne. Fakt pozostaje faktem, ta czujka bez wątpienia nie rozróżnia człowieka od psa po sposobie przekładania łap, a zdecydowanie w inny sposób, i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Co więcej, nigdy nie słyszałem o urządzeniu, które by to potrafiło. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że widziałem i znam wszystko, ale zgodnie z moim stanem wiedzy takich czujek zwyczajnie nie ma. Możliwe, że kiedyś powstaną, i jest tu swoista nisza na rynku, ale nie mam wątpliwości, że zdecydowanie nie potrafią tego pana czujki. Pytanie tylko, czy pomijając oczywiste moim zdaniem kłamstwo lub – jak kto woli – „nieporozumienie” dotyczące zasady działania czujki, to czy w pana przypadku i na tym etapie ma to większe znaczenie? Czy jest pan w stanie w sposób, który pan demonstrował, pokonać drogę od drzwi do sypialni, tam zdemontować swój telewizor i wrócić z nim w ten sam sposób do wyjścia?

– No jasne, że nie. Ale biżuterię z szuflady komody w ten sposób już wynieść mogę. Jeżeli ktoś wie, gdzie ją trzymam, oczywiście.

– A chwali się pan ludziom, gdzie trzyma biżuterię? Proszę nie odpowiadać, a raczej na spokojnie się zastanowić nad tym pytaniem i odpowiedzieć samemu sobie. To, do czego zmierzam, to fakt, że bezpieczeństwo tego, co dla pana jest wartościowe, w dużej mierze zależy od pana samego. Ale wracając do potencjalnej kradzieży na czworakach… Zapewne pan wie, że włamywacz zazwyczaj działa pod dużą presją. Obawia się wykrycia, reakcji na wykrycie, tego, że może zostać zidentyfikowany i wreszcie ukarany. Jest wiele elementów, które mogą zakłócić zakładany przez niego scenariusz i nie wszystko jest on w stanie przewidzieć. Włamywacz ma tego świadomość, więc najczęściej chce jak najszybciej osiągnąć swój cel i jeszcze szybciej zniknąć z miejsca, w którym dokonał swego czynu. Oczywiście, historia zna przypadki bardzo zuchwałych włamań, gdzie napastnicy niemal nocowali w miejscu zbrodni i zostawiali po sobie gołe ściany. Ja bym zaczął raczej od pytania, na ile prawdopodobne jest to w przypadku włamania do pana domu. Od jak dawna pan tu mieszka?

– Kilka lat.

– Czy w tym okresie słyszał pan o przypadkach włamań albo innych przestępstwach w okolicy? Czy interesował się pan tego rodzaju zdarzeniami?

– Owszem, interesowałem się i między innymi z tego powodu zdecydowałem się na zakup tego domu, bo okolica uchodzi za bezpieczną. Osobiście nigdy nie słyszałem o włamaniu u sąsiadów, a raczej żyjemy ze sobą dobrze i gdyby coś się działo, to bym o tym wiedział.

– A czy gdy wyjeżdża pan na dłużej, dom zostaje pusty? Ktoś się nim zajmuje podczas pana nieobecności?

– Bywa, że zostaje pusty, ale mam taką umowę z moim dobrym sąsiadem, że zaglądamy wzajemnie do siebie, gdy któregoś z nas nie ma.

– A czy ma pan coś szczególnie cennego, czego strata byłaby bardzo bolesna, trudna do odtworzenia? Nie pytam o to, co to jest i gdzie to jest, lecz czy coś takiego pan posiada.

– Raczej nie, a przynajmniej nic, co by mnie szczególnie różniło od innych. Gotówkę trzymam w banku. Nie mam żadnych dzieł sztuki. Pewnie najbardziej nie chciałbym stracić dokumentów i kilku pamiątek rodzinnych.

– Mam nadzieję, że wyczuwa pan, w którą stronę zmierzam. Co do zasady musimy wiedzieć, co i przed kim chronimy. Teoretycznie mamy wiele możliwych wartości i jeszcze więcej scenariuszy ataku na nie i z tego powodu zastanawiamy się nad tym, co jest mniej lub bardziej prawdopodobne. W pana przypadku potencjalnego włamania nie dokona wyspecjalizowana grupa przestępcza zajmująca się handlem dziełami sztuki, a raczej przypadkowy złodziej lub złodzieje, którzy mogą specjalizować się we włamaniach do lokali prywatnych, w których poszukiwać będą czegoś, co jest wartościowe i łatwo zbywalne. Nie spodziewałbym się tu super zaawansowanych technik włamania, a raczej sprawdzonych, prostych w użyciu i dobrze znanych. Mówiąc zupełnie szczerze, w mojej prywatnej opinii, a tylko taką mogę panu przedstawić, jeżeli ktoś będzie znał się na swym fachu względnie dobrze, to zabierze to, po co przyszedł, i nie zrobi tego na czworakach. Jeżeli pojawi się tu przeciętny złodziej, to system, który widzę, ma spore szanse, by go wykryć i zasygnalizować włamanie. Oczywiście szanse byłyby większe, gdyby czujki „nie ignorowały” ludzi udających psy, ale to jest swego rodzaju cena kompromisu, na który pan się zdecydował. Musi mieć pan również świadomość, że to, co jest tu zainstalowane, bardziej fachowo nazywane jest systemem sygnalizacji włamania i napadu, choć można spotkać inne, mniej lub bardziej poprawne nazwy tego, co pan nazywa alarmem, a norma europejska I&HAS[1] – ale to inna historia. Ja osobiście lubię to pierwsze określenie, bo zawiera w sobie słowo „sygnalizacja”. Ten system ma mieć jak największą szansę zasygnalizować, że doszło do jakiegoś zdarzenia, choć pewności z różnych powodów nigdy mieć nie będziemy. Przepraszam, rozgadałem się trochę, ale zmierzam do tego, że to, co ma pan zainstalowane, jest tym, za co pan zapłacił. I nie jest to całkiem złe, choć oczywiście można by ten system zorganizować nieco inaczej i w oparciu o innego rodzaju urządzenia. Prawdą jest też, że dużo łatwiej krytykuje się coś, czego się samemu nie zrobiło, a zwłaszcza gdy jest się bogatszym w doświadczenia, których nie miał ten, kto system wykonywał na etapie, gdy zaczynał swą pracę z panem.

– Tak… można powiedzieć, że gdzie fachowców dwóch, tam trzy opinie, ale i tak jeden mądrzejszy od drugiego i zawsze skrytykuje innego.

– O tym właśnie mówię. Nie jestem tu, by krytykować, lecz by pomóc panu rozwiązać pewien problem, ułatwić panu zrozumienie tego, co się dzieje, a to, co pan z tym zrobi, zależy tylko od pana. Jedyne, co pozostaje do przemyślenia, to czy akceptuje pan taki stan rzeczy, czy chce pan wzmacniać system. Ja osobiście wstrzymałbym się ze zmianami w sprzęcie, chyba że stać pana na wymianę prawie wszystkich czujek, z wyjątkiem tej w pokoju z psami, skoro i tak pan je zamyka. Oczywiście firma, która zainstalowała panu system, raczej nie wymieni tych czujek na swój koszt, bo umówiliście się na takie, a nie inne urządzania, ale może pan poprosić, by ten, który twierdził, że czujki rozpoznają ruch łap, przeszedł się na czworakach i zadać mu pytanie, czy jeżeli czujka go nie wykrywa, to czy oznacza to, że nie jest on człowiekiem… Oczywiście trochę żartuję, ale jestem pewien, że z rozmową o wprowadzeniu klienta w błąd pan sobie świetnie poradzi. Docelowo wymieniłbym czujki, a przy najbliższym remoncie dodał elementy, które będą wykrywały próby przejścia przez drzwi i okna. Pozwoli to zwrócić psom swobodę poruszania się po domu, gdy pana nie ma, bo wychodząc, uzbroi pan drzwi i okna, a gdy psy będą opuszczały dom z panem, uzbroi pan wszystko, włącznie z nowymi czujkami ruchu, które dla odmiany już zwierząt ignorować nie będą. Ach, i dla ścisłości wypowiedzi – dołożenie czujek na drzwi i okna będzie wiązało się z zakupem kilku innych elementów, jak moduł/moduły rozszerzenia linii, dodatkowa obudowa itp., ale dobra wiadomość jest taka, że nie ma konieczności zmiany centrali.

– Jasne. Czy coś się należy?

– Tak – powiedział Janek, uśmiechając się szczerze.

– Należy mi się informacja zwrotna, jak poszło z firmą i czy zmiany przyniosły efekt.

– Oczywiście, dam znać, ale nie o to pytałem.

– Wiem, o co pan pytał i udzieliłem panu wyczerpującej odpowiedzi co do moich oczekiwań.

– Rozumiem i jeszcze raz bardzo dziękuję – powiedział dyrektor i odprowadził Janka do drzwi.

Minęło nieco ponad dwa tygodnie od wizyty Janka w domu dyrektora, gdy „bezpiecznik” odebrał telefon od właściciela problematycznego systemu. Janek był przyjemnie zaskoczony tym telefonem, bo choć miał pewne wątpliwości, czy dyrektor się odezwie, okazał się on jednak człowiekiem wywiązującym się ze zobowiązań, nawet tak drobnych, jak informacja zwrotna o statusie znanej sprawy. Pan Adam powiedział, że czujki zostały wymienione przez firmę na jej koszt, w ramach przeprosin za nieporozumienie, do którego się poczuwają. Poczyniono również zmiany w programie co do czasu na wejście oraz definicji linii alarmowej, do której podłączona była czujka z pokoju psów. Dodał również, że choć minęło około tygodnia od tych zmian, co nie jest zbyt długim okresem, ton przez cały ten czas nie miał fałszywych alarmów, co wydaje się dobrą prognozą na przyszłość.

Być może czytelnicy zastanawiają się, o co w tym wszystkim chodzi, zwłaszcza jeśli nie mają psa, tylko kota, a tak w ogóle to po co im pseudoprzewodnik po instalacji alarmu w domu? Mają rację – po nic. Ale zastanówmy się nad tym tekstem z perspektywy osoby, która odpowiada za bezpieczeństwo. Być może warto zadać sobie pytania o takie kwestie, jak m.in. analiza ryzyka, zarządzanie procesami i kontraktami czy wreszcie podnoszenie kwalifikacji.

 

Przypis:
[1] I&HAS (ang. Intrusion and Holdup Alarm System) – system sygnalizacji włamania i napadu (SSWiN).

Źródło: SEC&AS, wydanie 6/2017, s. 88

Powiązane

TERMOWIZJA W OCHRONIE PERYMETRYCZNEJ. Jak zobaczyć więcej nawet w trudnych warunkach.

06.08.2018

Moskiewski monitoring z technologią rozpoznawania twarzy

12.10.2017

Popularne

Zrób to sam. Kamera termowizyjna Część II
26.02.2018
Kamera termowizyjna. Część I
15.01.2018
Cz. 1. Jednostki miar wielkości fizycznych – układ jednostek SI i nie tylko.
13.09.2018

Sec&As

COPYRIGHT © 2017 RIPOSTA. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE. PROJEKT I REALIZACJA: RIPOSTA